BERNARD SAWICKI OSB - Ora et labora

Muzyk. Mnich. Opat. I biznesmen, ale z konieczności. Ojciec Bernard Sawicki OSB przy zubożałym klasztorze w Tyńcu w cztery lata zrobił doskonale funkcjonującą firmę, która nie tylko rozsławia ten znany obiekt zakonny, ale pozwala na normalne funkcjonowanie opactwa.

– Widziałeś już kiedyś tynieckiego opata? – spytał fotograf, gdy czekaliśmy na spotkanie w odnowionych krużgankach klasztoru. – Bo jak nie, to się trochę zdziwisz – ostrzegał. Zdziwienie było wielkie mimo ostrzeżenia: zamiast nobliwego staruszka, z jakim kojarzy się funkcja opata, czyli przełożonego klasztoru, w drzwiach ukazał się czterdziestoletni szczupły mnich, poruszający się spokojnie, choć energicznie, z ciepłym, jakby przepraszającym uśmiechem na twarzy.

Biznes z konieczności

W Tyńcu jest czterdziestu mnichów, ale zawodowo czynnych jest tylko połowa – dziesięciu z nich to młodzi, którzy dopiero się uczą, a dziesięciu innych to bracia w podeszłym już wieku. Ich spokojne życie – praca, przeplatana modlitwą i chorałami za murami pochodzącego z XI wieku klasztoru jednak kosztuje, tak samo jak utrzymanie samego zabytkowego obiektu.

– Klasztor dawniej miał wsie i majątki. Ale teraz nie mieliśmy nic, żadnej nawet kamienicy, z wynajmu której moglibyśmy się utrzymać. Nie mogliśmy też liczyć na żadne wsparcie z zewnątrz – wspomina opat Sawicki.

– Tymczasem pieniędzy pomału zaczynało brakować, a potrzeb było wiele – dodaje. Czterdziestu tynieckich braci zdawało sobie z tego sprawę i szukało wyjścia z kłopotów finansowych. Na przełożonego klasztoru wybrali cztery lata temu młodego – jak na to odpowiedzialne stanowisko – mnicha z Warszawy.

– Gdy objąłem tą funkcję, miałem wolną rękę, choć musiałem się liczyć ze zdaniem współbraci, a szczególnie sześcioosobowej Rady Seniorów – opowiada ojciec Sawicki.

– Miałem wrażenie, iż wszyscy oczekują zmian. A w praktyce miał je przeprowadzić… muzyk (studiował teorię muzyki, gra na instrumentach klawiszowych) z wykształcenia, nie mający dotychczas z biznesem nic wspólnego.

Opał i wielka ruina

„Zarządzanie” zaczął od ogrzewania. Zbliżała się zima, a w poprzednich latach wydatek na główny opał – koks zaczął niepokojąco wzrastać. Nie sposób było sobie wyobrazić odłączenia dla oszczędności grzejników:

– Chciałem zdobyć fundusze unijne na modernizację systemu grzewczego – zdradza. Zorganizował więc spotkanie w przedstawicielami konserwatora zabytków, wojewody, marszałka, funduszy od ochrony środowiska, i innych instytucji miejskich… I słuchał porad, propozycji – uczył się, wdrażał. Znalazła się firma, która przeprowadziła audyt i stworzyła projekt, napisano wniosek o dotację. Sprawa ogrzewania zaczęła nabierać rumieńców do tego stopnia, że mnisi postanowili odnowić „Wielką Ruinę”, czyli skrzydło klasztoru, które przez dziesięciolecia było całkowicie zdewastowane. Ale żeby zdobyć środki na rewitalizację, trzeba było wymyślić, co w przyszłości będzie się tam znajdowało.

– Doszliśmy do wniosku, że będzie tam prowadzona działalność kulturalna – mówi opat. Oczywiście taka decyzja wymagała wielu narad i rozmów w samym klasztorze, bo nie ma co ukrywać, że takie rozwiązanie w liczącym niemal tysiąc lat klasztorze to istna rewolucja.

– Kapituła na szczęście się zgodziła, nastąpiła zmiana ekonoma, młodsi mnisi sami zaczęli się angażować w naszą działalność – opowiada.

Benedyktyński biznes

Dotacje dotacjami, ale na remonty, modernizacje oraz rozwój klasztoru potrzebny był tzw. wkład własny, czyli gotówka. A tej benedyktyni nie posiadali.

– Dawniej mieliśmy majątki, a przez ostatnie kilkadziesiąt lat „zarabialiśmy”, głosząc rekolekcje, a także dzięki ofiarom za odprawiane Msze Święte. Ale to wszystko było za mało. Zmieniły się czasy, zwyczaje i rynek. Tymczasem nasz „dom gości” na 30 łóżek prowadzony był na zasadzie „co łaska”. W podobny sposób funkcjonowało zwiedzanie klasztoru, z którego można było jedynie udostępnić kościół i krużganek. A my potrzebowaliśmy pieniędzy. Musieliśmy zacząć działalność gospodarczą i nauczyć się jej od zera – mówi przełożony tynieckiego klasztoru.

Pomysł podsunął jeden z parafian: spróbować zaprezentować naszą tradycję, np. zakładając restaurację z potrawami nawiązującymi do klasztornych zwyczajów. Stworzono więc projekt, wyremontowano wnętrza, przystosowano lokal dla potrzeb gastronomii.

– Pomysł chwycił – przyznaje ojciec Sawicki. Do klasztornej restauracji zaczęli przyjeżdżać klienci, o nietypowym przybytku gastronomicznym zaczęło być głośno. Pisali pochlebnie o nim nawet najwięksi kulinarni krytycy, jak Piotr Bikont i Robert Makłowicz. Kucharzem był parafianin, obsługa też była świecka.

– Bracia podający posiłki to nie byłby dobry pomysł – podkreśla decyzję klasztoru jego opat. Potrzebny był za to dyrektor placówki. Podjął się tej funkcji… 50-letni mnich, przygotowujący w owym czasie doktorat z historii Kościoła. Podobnie jak opat, musiał się uczyć całkowicie od podstaw nowego zajęcia. Tymczasem apetyty rosły. Jeden z najsłynniejszych krakowskich restauratorów podsunął pomysł: sklep z własnymi wyrobami.

– Pracujące wówczas w naszej kuchni siostry zakonne wyrabiały z mleka naszych krów ser, który gościom smakował do tego stopnia, że kiedyś sprzedający prototypowo ów produkt na dziedzińcu klasztoru brat ostatni kawałek wylicytował wśród chętnych – śmieje się z tego nietypowego zdarzenia opat. Gdy jednak zanalizowano ów ser w mleczarni, okazał się „amatorszczyzną”. Zapadła więc decyzja, by znaleźć producenta, który podejmie się produkcji sera, ale zarówno w oparciu o recepturę zakonu, jak i spełniając standardy higieny. Na niektóre produkty starożytne przepisy były „pod ręką”, ale niektórych trzeba było szukać w wiekowych księgach. Dziś tych produktów jest kilkaset – sery, wędliny, ciastka, przetwory, piwo, nalewki itd.

– Rzeczy proste, ale tworzone w małych zakładach według surowych reżimów. Wszystko pakowane w dawnym, gotyckim stylu: juta, wiklina itp. Gdy w 2006 r. benedyktyni tynieccy na terenie opactwa otworzyli swój pierwszy sklep, ustawiały się w nim kolejki.

– Zdobyliśmy zaufanie ludzi, bardzo im się nasze produkty podobały, a dzięki sprzedaży zlikwidowaliśmy martwy sezon w zwiedzaniu klasztoru, bo sprzedaż szła przez cały rok – zdradza ojciec Sawicki.

O sklepie mówili krakowscy przewodnicy turystyczni, coraz prężniej zaczynał funkcjonować dział marketingu „Benedicite” (bo tak nazywała się jednostka gospodarcza działająca na rzecz benedyktynów), ale najwięcej pomogła wówczas sprzedaż wyrobów w luksusowej sieci sklepów spożywczych, wywodzącej się z Krakowa. Jednak po jakimś czasie współpraca się zakończyła, sieć stworzyła własną markę produktów z górnej półki. Klasztor zaczął się więc zastanawiać nad stworzeniem swoich placówek poza klasztornymi murami.

– I znów musieliśmy się szkolić od zera i wyjaśniać sobie, co to jest np. franczyza, na czym ona polega i czemu służy – wspomina opat. Ale benedyktyńska praca (w sensie dosłownym) na nowo przyniosła wymierne korzyści: w każdym województwie jest po kilka sklepów (wciąż planowane są nowe punkty), pierwszy sklep działa od maja także za granicą – w Berlinie.

Benedyktyńskie produkty można też kupić przez Internet.

Módl się i pracuj

Dziś „Benedicite” to sprawnie działające przedsiębiorstwo: prócz istniejącego od niemal 20 lat wydawnictwa książkowego, działającej restauracji, sieci sklepów jest także Benedyktyński Ośrodek Kultury: są recitale, festiwale, wystawy, pokazy, zajęcia chorałowe, warsztaty, rekolekcje – przez tyniecki klasztor przewija się mnóstwo ludzi przez cały rok. Tym bardziej, że w klasztornym Domu Gości (a zwłaszcza w odbudowanej niedawno jego południowej części) organizowane są zjazdy, sympozja, szkolenia, znaleźć tam mogą ukojenie w coraz bardziej zwariowanym w pogoni za pieniędzmi świecie biznesmeni, czy nawet małżeńskie pary. Na tyle, ile zezwala klasztorna klauzula, mogą uczestniczyć w życiu mnichów, uczestniczyć w modłach, a nawet prosić o prywatne rozmowy z zakonnikami. A niejako „przy okazji” klasztor zebrał mnóstwo nagród za rewitalizację zabytków, ochronę światowego dziedzictwa kulturowego itd.

– Tak, żyje się nam godziwiej i spokojniej, już nie musimy dramatycznie zaciskać pasa – przyznaje opat tynieckich benedyktynów. Mało tego – są w stanie pomagać innym: wspomagają finansowo dwa inne klasztory, w tym budującą klasztor, a wywodzącą się z Tyńca benedyktyńską Wspólnotę na Słowacji, koło Zvolena! Ale zawistnym (bo i takich niestety nie brakuje) wystarczy przekazać pewne fakty: w „Benedicite” pracuje czasami nawet do 80 osób, ale z klasztornych braci w dzieło to zaangażowanych jest zaledwie trzech! Reszta zajmuje się tym, czym zajmowała się wcześniej: pracą i modlitwą.

– Ora et labora, czyli módl się i pracuj – to przecież klasztorna reguła benedyktynów. A czas na modlitwę jest, bo mamy świeckich pracowników – podkreśla ojciec Sawicki. On sam łatwo godzi funkcje mnicha, opata i biznesmena.

– Gdy budzę się rano i zasypiam, wciąż czuję się tylko mnichem – zaznacza. – A to, że jakoś udało się pogodzić te różne działalności, to dar od Boga, że potrafię robić kilka rzeczy jednocześnie. I jako mnich potrafię się zdystansować przy biznesowych rozmowach, a w modlitwie znajduję ukojenie – dodaje. Nie zaprzestał też swoich ”zwykłych” obowiązków, które dzierżył, zanim został opatem.

– Jestem odpowiedzialny za śpiew we wspólnocie, udaje się znaleźć czas na ćwiczenie na fortepianie lub organach – wyznaje.

– Nade wszystko nigdy nie zapominam, że jestem mnichem.

Jerzy Kłeczek

Wyszukaj szkolenie

Wybrane szkolenia:

wszystkie szkolenia