MAJA SIKOROWSKA - Nie muszę być gwiazdą
Kiedy jest się córką znanego artysty z ogromnym dorobkiem i chce się podążać drogą zawodowego muzyka, są dwa wyjścia: albo odciąć się od rodzinnych korzeni, albo tworzyć razem. Maja Sikorowska wybrała to drugie rozwiązanie.
Ma 29 lat, dzieciństwo spędziła w Krakowie i w Grecji, bo stamtąd pochodzi rodzina jej mamy Chariklii. Tata – Andrzej Sikorowski, to lider znanego krakowskiego zespołu Pod Budą. Jaka jest Maja? Na pierwszy rzut oka towarzyska, otwarta, pogodna, ale zarazem stonowana i dojrzała. Można ją spotkać na herbacie i ciastku w „Prowincji”. Uwielbia czekoladę i gotowanie. Tę ostatnią umiejętność pogłębiła dwa lata temu, kiedy wyprowadziła się od rodziców do swojego mieszkania. Odpoczywa, tańcząc, najbardziej lubi śpiewać po grecku. Na półkach ma pełno płyt z grecką muzyką.
– W połowie czuję się Greczynką. Grecy są bardzo otwarci, ekspresyjni, serce mają na dłoni. Z drugiej strony bardzo dobrze rozumiem Polaków. Gdzieś te dwie kultury się we mnie mocno zakorzeniły i wymieszały – uśmiecha się. W kuchni też miesza polskie i greckie smaki. Ma słabość do kolczyków.
– Ojciec z każdej podróży przywoził mi kolczyki i w ten sposób uzbierała się spora kolekcja. Znajomi żartują, że do szlafroka też je zakładam – śmieje się Maja.
POSZUKIWANIA
Nuciła już jako mała dziewczynka, we wszystkich możliwych miejscach: w kuchni, kiedy pomagała gotować mamie, w łazience. „Pierwsze piosenki zaczęłam śpiewać w języku mojej mamy, czyli po grecku, podczas wakacji spędzanych u dziadków. Konsekwencją tego nucenia była podstawowa szkoła muzyczna i liceum muzyczne ukończone w klasie fortepianu” – pisze o sobie Maja na stronie internetowej. Kiedy spotykamy się na wywiad w zaciszu jednej z krakowskich kawiarni, zdradza, że w młodości rzadko występowała na scenie.
– Potem we mnie samej wydarzyło się coś takiego, że postanowiłam śpiewać na poważnie. Po drodze były różne plany, studiowałam w Akademii Wychowania Fizycznego – opowiada Maja. Jak to się stało, że dziewczyna wychowana w artystycznym domu trafiła do szkoły, gdzie liczy się wynik w sprincie na sto metrów?
– Skończyłam liceum muzyczne i przyznam, że w pewnym momencie chciałam od tego uciec. Postanowiłam uczyć się rzeczy, które mogą mi się przydać w życiu. Wydawało mi się, że turystyka i rekreacja jest takim kierunkiem, gdzie można dowiedzieć się odrobinę z wielu przydatnych działek: prawa, ekonomii, historii sztuki – wyjaśnia Maja. Kiedy zaczęła studia, doszła do wniosku, że to jednak nie to. Miała poczucie, że traci czas, nie rozwija się. Po licencjacie Maja Sikorowska na rok wyjechała do Salonik, by uczyć się greckiego na Uniwersytecie Arystotelesa. Chciała podszkolić gramatykę, nauczyć się pisać. Kiedy wróciła do kraju, już wiedziała: będzie śpiewać.
– Doszłam do wniosku, że trzeba robić to, co sprawia największą radość. W 2003 r. dołączyła do zespołu Pod Budą. Śpiewa piosenki, do których tekst i muzykę napisał Andrzej Sikorowski.
– Akceptuję każdy tekst, bo dotyczy również mnie. Mój ojciec świetnie mnie zna, mamy nietypowy kontakt, bo cała rodzina jest ze sobą blisko. W domu rozmawiało się o wszystkim, nie było tematów tabu. Nic dziwnego, że tata mnie rozumie, a potem ładnie ujmuje to w słowa – podkreśla Maja Sikorowska.
ZŁOTA PŁYTA
Na płytach Mai i jej ojca rozbrzmiewa muzyka poetycka, blues.
– Doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem muzykiem niszowym – mówi Maja.
– Na koncerty przychodzi mnóstwo oddanych fanów, podoba im się to, co robimy. Nie wychodzę z założenia, że mają nas słuchać tłumy, ważne by były to osoby, dla których to coś znaczy – podkreśla. Na swoim koncie ma sporo sukcesów: dostała Grand Prix Festiwalu Piosenki Greckiej w Zgorzelcu, z Pod Budą wystąpiła na wielu koncertach w Polsce, Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie. Płyta „Kraków – Saloniki” nagrana wspólnie z ojcem w 2006 r. była nominowana do Fryderyków, a niedawno uzyskała status złotego krążka. Już za chwilę premiera kolejnej płyty „Sprawa rodzinna”. Maja śpiewa na niej po polsku i grecku. W duecie z aktorką Sonią Bohosiewicz wykonuje utwór „Blondynka blues”. Nie uczyła się śpiewu pod okiem nauczycieli.
– Mam buntowniczą naturę, nie daję się łatwo podporządkować – tłumaczy.
– Nie jestem zadowolona, gdy ktoś próbuje wcisnąć mnie w jakieś ramy. Zawsze próbowałam podążać swoją drogą. Starałam się, by w moim śpiewie było serce, a nie czyjeś wyobrażenie, jak to powinno brzmieć – podkreśla.
SHOW-BIZNES? TO NIE DLA MNIE
Maja mówi, że w życiu muzyka najbardziej fascynujące są występy na żywo.
– Na koncercie wychodzi prawda z artysty, wychodzi to, co rzeczywiście mamy do powiedzenia. Koncerty dają też chwile wzruszeń: ktoś potrafi przyjść ze łzami w oczach i podziękować za piosenkę, powiedzieć „cieszę się, że jesteś”. Takie sytuacje są dla mnie warte wszystkie pieniądze świata – podkreśla Maja. Jest wrażliwcem, emocje płynące spod sceny udzielają się jej na tyle, że potrafi płakać razem z kimś z publiczności.
– Nie kryję się z tym, bo uważam, że człowiek wrażliwy się wzrusza i jest to dla mnie zupełnie naturalne. Na scenie nigdy nie robiłam z siebie gwiazdy. Jestem Mają, taką samą jak dla znajomych, koleżanek, dla sąsiadów. Myślę, że to ważne, bo ludzie wyczuwają pozę i chcą nas widzieć prawdziwymi – podkreśla Maja. Kiedy wychodzi na scenę, czuje mobilizującą tremę.
– To stresujący moment, ale wynika z mojego charakteru – przyznaje Maja. Wysoko stawia sobie poprzeczkę.
– Dużo od siebie wymagam. Nie łatwo akceptuję swoje występy, nie łatwo wpadam w euforię. A kiedy coś mi nie wyjdzie, jestem na siebie zła. To takie skrzywienie zawodowe, bo dwanaście lat zajmowałam się muzyką – uśmiecha się. Kiedy patrzę na Maję – młodą, piękną, utalentowaną dziewczynę, z mocnym, idealnie czystym głosem, doświadczeniem scenicznym, pojawia się myśl „przecież to świetny materiał na gwiazdę”. Czy nie kusi jej kariera w show-biznesie, przerzucenie się na bardziej komercyjny repertuar?
– To nie mój świat – Maja nie jest zdziwiona pytaniem. – Jestem młodą osobą, więc często padają pytania, czy nie chcę się oderwać od taty, usamodzielnić pod względem muzycznym. Absolutnie nie. Czuję, że jest to droga przeze mnie wybrana – podkreśla piosenkarka. – Śpiewam ten rodzaj piosenek, które mi się podobają, które mnie wzruszają, przy pomocy których mogę wyrazić swoje emocje. Z drugiej strony wiem, że przyjdzie taki moment, kiedy będę się musiała usamodzielnić, bo tata nie będzie śpiewał do setki – dodaje.
BOGACTWO DWÓCH TOŻSAMOŚCI
„I nagle widzę ich jak płyną przez powietrze/ kobiety w czerni niosą chleby i owoce/ młode dziewczyny pachną jaśminowym deszczem/ a chłopcy modlą się o jak najdłuższe noce” – to słowa ulubionej piosenki Mai „Głos z oddali”.
– Zaczęłam ją śpiewać na samym początku moich występów z Pod Budą. Opowiada o śnie o Grecji – moim drugim kraju i jest mi przez to niesamowicie bliska – mówi piosenkarka. Czy posiadanie dwóch tożsamości to dar? Maja nie ma wątpliwości, że tak.
– Człowiek czuje się bardzo bogaty przez to, że posiada dwie ojczyzny, wiąże się z tym dostęp do dwóch różnych kultur, różnych osób, zwyczajów, kuchni... – podkreśla Maja. Kiedy wysiada na lotnisku w Grecji, czuje się jak u siebie w domu. A po chwili tęskni za Krakowem.
– I na odwrót: kiedy jestem w Polsce, tęsknię za Grecją. Tak już chyba musi być, że czuję rozerwanie między tymi dwoma krajami. Czasem trudno to pogodzić i człowiek nie wie do końca, gdzie jest jego miejsce – wyjaśnia. Maja, mimo wierności wybranej przez siebie stylistyce, nie chce stać w miejscu. Jej największym marzeniem jest nagranie płyty, na której śpiewałaby w całości w języku greckim.
– Na polskim rynku muzycznym byłaby to pewna ciekawostka. Ale skoro pokochaliśmy bałkańskie rytmy, to myślę sobie, czemu nie mielibyśmy polubić greckich.
Joanna Jałowiec