Zarobią tylko najlepsi
Osiem milionów turystów zostawia co roku w Krakowie od 2,8 do 5,5 miliarda złotych. Jednak sam pomysł jak zrobić „skok na kasę” już nie wystarcza i żeby uszczknąć coś z tych gigantycznych pieniędzy, trzeba się tego po prostu nauczyć. Szczególnie teraz - w czasach kryzysu, gdy odwiedzających jest tylko trochę mniej, za to dużo rozważniej wydają każdą złotówkę, euro czy dolara.
Kiedy w Krakowie narodziła się oficjalnie turystyka – nie wiadomo. Jedyne pewne źródło to pierwszy przewodnik w formie książkowej wydany przez Piotra Hiacynta Pruszcza w 1647 r. Jak twierdzi Barbara Bukowska, przewodnicząca Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych w Krakowie, już w XIX wieku bardzo popularne stały się wycieczki włościan do Krakowa organizowane przez księży. W czasach zaboru takie eskapady miały walor nie tylko turystyczny, ale stanowiły także niezwykłe przeżycie patriotyczne. - Ówczesne zapiski wspominają, że z oczu starych chłopów na widok Wawelu ciekły łzy – opowiada. Prawdziwa turystyka zorganizowana o jednak wiek XX, a szczególnie po II wojnie światowej, gdy w ruinach legła Warszawa i to Kraków stał się największym ocalałym dziedzictwem kultury. Zakładowe i szkolne, a później organizowane grupowe wyjazdy pod Wawel przyczyniły się do popularności miasta jako ośrodka turystycznego i zrodziły powszechność przyjazdów indywidualnych. Także raczkująca turystyka zagraniczna sprawiła, że Wawelem, Sukiennicami, „Rondlem” czy zbiorami muzealnymi zachwycali się także coraz częściej przybysze z Zachodu.
Czas prosperity
Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 2004 r, gdy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. - Otworzyły się granice, pojawiły się tanie linie lotnicze, na naszą korzyść działał też korzystny dla przyjezdnych stosunek euro, funta czy dolara do złotówki, a nasi krajowi turyści mieli więcej czasu i pieniędzy – ocenia Grażyna Leja, pełnomocnik prezydenta Krakowa ds. turystyki, jedna z animatorek turystycznego sukcesu miasta – Kraków był tani, bezpieczny, przyjazny, pełen zabytków i przeróżnych imprez – uważa. Na początku XXI wieku mieliśmy już też dobrze rozwinięte zaplecze: przewodników, bazę noclegową, gastronomiczną, kulturalną itd. Kraków od razu stał się „modny” zarówno w kraju, jak i za granicą.
Oczywiście tej „modzie” trzeba było pomóc: zapewnić reklamę, stworzyć niemal od podstaw i rozwinąć sieć informacji, zapewnić imprezy zarówno dla turystów plecakowych, przez rodzinnych aż po biznesowych, przygotować odpowiednią infrastrukturę i przeszkolonych ludzi. Zabrało się za to zarówno miasta, szeroko pojęta branża turystyczna, jak i zupełnie „przypadkowi” ludzie. Wszyscy mieli lepsze i gorsze pomysły: np. po niezwykle kontrowersyjnej kampanii reklamowej, by przyjeżdżać do Krakowa na balangi do białego rana (słynne skacowane postaci Syrenki, Kopernika i Neptuna o świcie na Rynku), które tak naprawdę przyciągnęły hordy pijanych mieszkańców Wysp Brytyjskich, obecnie władze miasta reklamują Gród Kraka przez festiwal "Sześć zmysłów" jako miejsce dziewięciu wielkich corocznych festiwali - od muzyki, przez teatr i film, po sztuki audiowizualne dla bardziej wyrafinowanych odbiorców.
Branża turystyczna też miała wzloty i upadki: wielkie sieci hotelarskie i mali właściciele hosteli stawiali na wciąż nowe bazy noclegowe, podobnie czynili też restauratorzy. Tyle, że szczególnie tym ostatnim nie każda inwestycja się nawet zwróciła – ba, nawet niektóre słynne restauracje mówią o „kryzysie” a nawet o upadku. Opadły prywatne inicjatywy w stylu zwiedzanie miasta na segway`u, za to „Crazy Guides”, czyli firma zapewniająca zwiedzanie Nowej Huty i innych zabytków socrealizmu w pojazdach z epoki ma już kilku naśladowców. - Ofertę turystyczną trzeba zmieniać, bo zmieniają się zarówno gusty przyjezdnych, jak i same grupy turystów – ocenia Katarzyna Gądek, dyrektor Biura Marketingu Turystycznego Miasta.
Bogaty zagraniczniak
Kto przyjeżdża do Krakowa i po co? Jak wynika z badań Małopolskiej Organizacji Turystycznej przeprowadzonych pod przewodnictwem dr Krzysztofa Borkowskiego, w 2008 r przyjechało 5,3 mln gości z kraju i 2,1 mln z zagranicy (podobnie jak w ubiegłych latach). Krajowi to głównie osoby z Małopolski (27 proc.), Śląska (15 proc.) Mazowieckiego i Podkarpackiego (po ponad 10 proc.). Co czwarty przyjezdny z zagranicy to obywatele Anglii, co dziesiąty to Niemiec, Włochy mają 7,3 proc. udział, Francuzi 6,8 proc, Amerykanie 6,4, Irlandczycy i Hiszpanie po 6 proc, a Hiszpanie 3. Mało za to gościmy Austriaków, Holendrów, Japończyków i Kanadyjczyków (niewiele ponad 1 proc.) , cieszy za to wzrostowy trend przyjazdów obywateli z byłych krajów ZSRR (w sumie niemal 5 proc.). Przyjeżdżają głównie by odpocząć (23 proc.) lub zwiedzać zabytki (19 proc.). Ale uwaga – aż 12 proc. turystów deklaruje jako główny powód przyjazdu cel religijny!
Duża liczba Anglików, Irlandczyków, ale także młodych wykształconych Polaków (razem 9 proc.) nie ukrywa, że nie bawią ich zabytki, odpoczynek czy modlitwa, ale pod Wawelem chcą się tylko bawić, tańczyć i pić piwo. Tuż za nimi (7 proc.) przyjeżdża grupa w odwiedziny do bliskich lub znajomych, 5 proc. w celach edukacyjnych 5 proc. a biznesowo lub na szkolenia i konferencje po 4 proc. Uwaga – wzrasta liczba odwiedzających w takich wydawało by się niszowych działach jak grupa „turystyka medyczna” czy „turystyka zakupowa”! Turyści krajowi najczęściej zwiedzają Kraków w 3-4 dni (30 proc.) i to spora zmiana, bo np. w 2003 roku robili to w jeden dzień bez noclegu (wówczas 38 proc.), natomiast turysta zagraniczny pozostaje dłużej i zostaje na 2-7 nocy (w sumie 66 proc.). Stąd też przeciętny przyjezdny z kraju wydał w 2008 r. 260 zł, za to zagraniczny – 682 zł. - To duża zmiana w porównaniu z poprzednimi latami i to na niekorzyść, choć liczba turystów mimo kryzysu zmniejszyła się stosunkowo niewiele – zauważa dyr. Gądek – Wpływ na to ma sam kryzys, ale także mniej korzystny rok temu kurs złotówki do innych walut, przez co turyści uważniej oglądali każdy pieniądz przed wydaniem – wyjaśnia.
W nauce siła i... pieniądze
Tymczasem sami turyści deklarują, że wydali by o 145 mln zł więcej (na konsumpcję, zakupy, rozrywkę i zwiedzanie), ale nie wszystko im się w Krakowie podoba. Najbardziej narzekają na toalety, transport i sam dojazd do miasta, czystość na ulicach, informację turystyczną, oraz jakość obsługi – od sklepów, hoteli, usług po gastronomię.
- Dużo jeszcze przed nami do zrobienia – przyznaje Grażyna Leja. Jednak są tacy, którzy dzięki szkoleniom i nauce nie narzekają, a nawet przeciwnie – mimo kryzysu rozwijają sieć. Np. podczas gdy niektórzy uznani restauratorzy narzekają i przebąkują o plajcie, Jarosław Fronc, współwłaściciel sieci restauracji otwiera następne lokale, a jego „Wesele” i „Miód Malina” mimo bardzo krótkiego istnienia na rynku, zdobyły prestiżowe wyróżnienia w postaci przyznania widelca od słynnego europejskiego przewodnika Michelin. W efekcie, gdy inne lokale świecą pustkami, w wyróżnionych restauracjach nie ma co marzyć o wolnym stoliku, gdy nie zarezerwuje się go dużo wcześniej, a 80 proc. gości to bogaci turyści zagraniczni.
- Szkolenie z prawdziwego zdarzenia w gastronomii niemal nie istnieje, więc przeprowadzamy szkolenia wewnętrzne, od kelnerów, przez barmanów aż po obsługę niższego szczebla. Każdy dostaje „job description” na piśmie, przechodzi szkolenie teoretyczne, a następnie ma swojego własnego coach`a, który go prowadzi. W praktyce trwa to od dwóch do czterech tygodni. Czasami sprowadzamy też specjalistów np. od win, bo na rynku szkoleń profesjonalne kursy są chyba tylko na baristów, czyli specjalistów od parzenia kawy - zdradza Fronc.
Jerzy Kłeczek
Turyści w Krakowie i zysk dla miasta
2003 – 5,5 mln (0,7 mln zagranicznych), 1,8 mld zł
2004 – 6,4 mln (1,54), 2,3 mld zł
2005 – 7,1 mln (2,2), 2,4 mld zł
2006 – 8 mln (2,45), 2,8 mld zł
2007 – 8,06 mln (2,5), 5,5 mld zł
2008 – 7,45 mln (2,15), 2,8 mld zł