TOMASZ WIECH - Historia kilku zdjęć

fot. Tomasz Wiech fot. Tomasz Wiech

W poszukiwaniu ciekawych fotografii przemierzał już Ukrainę, Węgry, Słowację, Rumunię. To, dzięki któremu otrzymał najbardziej prestiżowe wyróżnienie w fotograficznym świecie, zrobił w firmowej kuchni jednej z krakowskich korporacji, zaledwie pięć minut spacerem od miejsca, gdzie na co dzień mieszka.

Początek lutego, krakowska redakcja Gazety Wyborczej. Senny zimowy poranek. Po rannym kolegium redakcja rozpoczyna kolejny dzień pracy. Pierwsze telefony, sprawdzanie informacji w agencjach. Dziennikarze zaczynają zbierać informacje, dyżurny odbiera telefony od czytelników. Tomasz Wiech, tak jak co dzień, siedzi przy komputerze pod oknem w boksie dla fotografów. Na wyświetlaczu telefonu pojawia się sms „Gratulacje!”. Kiedy zaczyna wystukiwać na klawiaturze komórki odpowiedź „Dziękuję.A czego?”, dzwoni telefon. To kolega z Warszawy. - Dostałeś nagrodę World Press Photo! Szok, niedowierzanie, wielka radość, kolejne telefony - tak Tomek wspomina dzień, w którym dowiedział się, że jego zdjęcie zostało nagrodzone w najbardziej prestiżowym konkursie fotograficznym na świecie. - Nie pamiętałem dokładnie kiedy będzie ogłoszenie wyników. Kiedy odebrałem sms-a z gratulacjami, gdzieś tam zapaliła mi się lampka...a może...ale wysyłałem zdjęcia na konkurs już trzeci raz, więc podchodziłem do tego z dystansem - opowiada Tomek.

Jak trafiłem na człowieka z kubkiem

Fotografia nagrodzona w WPP (3. miejsce w kategorii „Życie codzienne”) pochodzi z cyklu „Korporacja”. Tomek zaczął robić zdjęcia z tej serii jesienią 2007 r. Miesiącami odwiedzał krakowskie centra dużych firm w poszukiwaniu scen z biurowego życia. Zdjęcie docenione przez jury powstało w centrum usługowym Capgemini. Był wczesny poranek. W firmowej kuchni mężczyzna ubrany w elegancki, oficjalny strój robił sobie śniadanie: na talerzu bułka, w dłoni kubek z kawą. Tomkowi spodobała się ta zwyczajna scena, choć dziś nie uważa, że to najbardziej udane zdjęcie z cyklu. Praca nad dokumentowaniem życia wielkich firm nie jest jeszcze zakończona. - Po tym, jak dostałem nagrodę, a fotografie zostały opublikowane w Dużym Formacie kilka firm zaprosiło mnie do siebie - mówi Tomek. I dodaje, że wciąż nie jest w pełni zadowolony z zrobionych zdjęć. - Cały czas czegoś mi brakuje, wciąż szukam. Nie potrafiłbym wybrać z tego cyklu najlepszego zdjęcia, bo patrzę na to jako na całość.

Do nagrody World Press Photo ma dystans, bo jak podkreśla, wyboru z kilkudziesieciu tysięcy zdjęć dokonuje grupa tylko kilkunastu osób. - Co nie znaczy, że sama nagroda nie podniosła mojego poczucia wartości jako fotografa. Podniosła i to ogromnie, ale jednocześnie trzeba zdawać sobie sprawę, że istnieje dużo świetnej fotografii, która nigdzie i nigdy nie została nagrodzona - zaznacza Tomasz. Jako najprzyjemniejszy moment związany z nagrodą wspomina autorski pokaz w Amsterdamie, gdzie wręczane są nagrody. - Pokazałem tam zdjęcia z Polski. Zostały dobrze zapamiętane, szczególnie, że były inne niż wszystkie. Na pokazach było dużo wojny, nieszczescia, a ja przywiozłem śmieszne, absurdalne zdjęcia kraju w trakcie transformacji.

Jak znalazłem mistrza

Początek lat 90 - tych. Mieszkanie rodziców Tomasza w jednym z osiedli w Nowej Hucie. Małą łazienkę w kilkanaście minut można zamienić w amatorską ciemnię. Kilkunastoletni Tomek podpatruje jak ojciec wywołuje zdjęcia. - Tata urządził ciemnię w wnęce na pralce, która powędrowała do kuchni. Stał tam powiększalnik, na wannie rozkładaliśmy kuwety - wspomina Tomasz. Do robienia pierwszych zdjęć zachęca go dziadek.

- Dziadek, podobnie jak mój tata, całe życie robił zdjęcia, które sam wywoływał. Potem oglądaliśmy je na slajdach. To właśnie przez dziadka, gdzieś w okolicach podstawówki zacząłem robić zdjęcia i dostałem aparat do swojej dyspozycji - opowiada Tomek. O dziadku mówi, że był typem edukatora, choć nie miał nic wspólnego z zawodem nauczyciela. - Kiedy byłem mały, już nie pracował, przez co miał dla mnie bardzo dużo czasu. Zabierał mnie na wycieczki i opowiadał. O fotografii, literaturze, pociągach i budowie magnetofonu.

W szkole podstawowej Tomasz zapisuje się na kółko fotograficzne i zajęcia w pobliskim domu kultury. Tam wywołuje swój pierwszy film. - Pamiętam, że byłem z siebie bardzo dumny, bo udało mi się zrobić zdjęcie dziewczynie, która mi się podobała. W wwiększości jednak tamte fotografie były nieostre, źle naświetlone - opowiada.

W liceum wozi aparat na wszelkie wyprawy. - Szczerze mówiąc bardzo długo robiłem zdjęcia i bardzo długo nic mi nie wychodziło. Aż się dziwię, że się nie zniechęciłem...Pierwsze zdjęcia były nijakie. Fotografowałem domy, ulice, kawałek ogródka. Dopiero gdzies w połowie studiów zrozumiałem, że chce fotografować ludzi. Zacząłem jeździć do Kalwarii Zebrzydowskiej, do Łagiewnik, do miejsc, gdzie coś się dzieje, są emocje - opowiada o początkach przygody z fotografią. Tomek był studentem politologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedy zobaczył zdjęcia człowieka, którego uważa za swoją inspirację i mistrza. Magazyn „Rzeczpospolitej” opublikował artykuł o wybitnym czeskim fotografie Josefie Koudelce.

- Postanowiłem robić podobne fotografie - mowi Tomasz. Tamte czasy wspomina jako medialny przełom. - Gdy zaczynałem interesować się fotografią, zdjęcia można było oglądać w kilku magazynach fotograficznych, albumach w księgarniach i kolorowych magazynach dodawanych do dzienników. Kiedy słyszałem o którymś ze sławnych fotografów, to przeważnie można było dotrzeć wyłącznie do jego kilku zdjęć. Potem nastała era internetu. Trafiłem na stronę prestiżowej agencji fotograficznej Magnum i nagle okazało się, że mogę przeglądać całe albumy. To było jak eldorado - opowiada.

Jak poznałem dzieci z Tyńca

Pod koniec studiów Tomasz zaczyna współpracę z gazetami, publikuje pierwsze zdjęcia. Przychodzi też do Gazety Wyborczej na praktyki. Tam okazuje się, że zrobienie, na pierwszy rzut oka, banalnego zdjęcia, wcale nie jest takie proste. - Kiedy oglądałem je w gazecie, myślałem, że moje są fajniejsze, bo mają klimat, wyszukaną kompozycję. Potem wysłano mnie w „ teren” i moje wcześniejsze wyobrażenia legły w gruzach. Zrobienie zdjęcia dziury w drodze, konferencji prasowej czy koncertu i robienie tego dobrze codziennie to też umiejętność - mówi Tomasz.

Po studiach wraca do Gazety i zostaje już na stałe. Pierwsze miesiące pracy wspomina jako okres nieustannego poznawania nowych miejsc, ludzi i samego miasta. Z pracy w gazecie wyniósł też cenną lekcję. - Kiedy patrzę z perspektywy czasu, mam wrażenie, że w pewien sposób poznałem życie. Spotkałem wiele osób zadowolonych, bogatych, szczęśliwych, ale i biednych, chorych, zmartwionych. Ich doświadczenia życiowe czegoś mnie nauczyły - podkreśla Tomek.

Oprocz codziennej pracy w gazecie Tomasz zaczyna realizować własne pomysly. Pierwszym z nich jest materiał o niewidomych dzieciach z szkoły w Tyńcu. Praca nad nim trwa pół roku. Tomek odwiedza Tyniec kilka razy. Jest na Jasełkach, zakończeniu roku szkolnego i innych ważnych dla szkoły uroczystościach. - Kiedy myślisz o robieniu dokumentu, to tak naprawdę nie ma innej opcji - wyjaśnia Tomek. - Nie ma innego wyjścia, trzeba do znudzenia jeździć w wybrane przez siebie miejsce i cierpliwie patrzyć i czekać. Potrzebny jest też dystans, bo na początku cieszysz się, że masz dziesięć dobrych zdjęć, ale po pół roku okazuje się, że dobre jest najwyżej jedno. Kiedy robiłem zdjęcia do cyklu Korporacja, to po pierwszych trzech wizytach w biurach już chciałem ułożyć gotowy materiał. Teraz robię go dalej i nadal brakuje mi kilku zdjęć.

Jak pracuję

- Codzienna praca fotografa miejskiego jest ciężka i często nudna. Zdjęcia trzeba dostarczyć szybko, z kilku tematów w ciągu dnia. Realizacja własnych materiałów wymaga poświęcenia czasu prywatnego. Rzadko kiedy wracam do domu i czuję, że mam wolne. Najczęściej włączam komputer i oglądam, opisuję i obrabiam zdjęcia. Zastanawiam się, które pasuje do którego. To zabiera ogrom czasu. Najbiedniejsza w tym wszystkim jest moja dziewczyna Ania. Pomaga mi i wszystko to ze mną ogląda - śmieje się Tomek.

Kiedy myśli o nowym projekcie na początku szuka słów - kluczy. Ostateczna koncepcja tego, co chce pokazać klaruje się po dłuższym czasie. - Tak było z Korporacją. Myślałem, że przyniosę zdjęcia białych kołnierzyków, ludzi przed komputerami, a okazało się, że wcale tak nie jest. Pracownicy nie chodzą w garniturach, nie ma wyścigu szczurów, na biurkach panuje swojski bałagan, jest po prostu zwyczajnie... - opowiada Tomek.

Kiedy przegląda się zdjęcia Tomka na jego stronie internetowej na pierwszy rzut oka widać, że interesują go tematy na wskroś współczesne. Masowe imprezy, obrazy zmieniającej się rzeczywistości Polaków, choćby taki, że do Kalwarii Zebrzydowskiej nie przyjeżdża się już wozami tylko drogimi mercedesami, a zdjęcia procesji robi komórką. Fotografie z kilku lat zaczynają się układać w spójną całość. W jej skład wchodzi cykl Korporacja, ale i inne pomysły fotografa.

- Zdjęcia współczesnych osiedli mieszkaniowych dla klasy średniej, miejsca turystyczne, domy handlowe, różne dziwne, nieco kiczowate imprezy zawieszone miedzy PRL, a nowoczesną Europą, do której dążymy - precyzuje Tomasz Wiech. Poza pracą fotoreportera w dzienniku, prowadzi warsztaty w ramach programu „Ukryte skrzydła”. - Dobrze się czuję ucząc osoby młodsze, które dopiero zaczynają przygodę z fotografią, a w kwestii kultury widzenia dużo w Polsce trzeba jeszcze zrobić. Staram się dołożyć swoją cegiełkę -mówi Tomek. Ma nadzieję, że jeśli chodzi o fotografię nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. - Mam w głowie nowe pomysły i chcę kontynuować stare. Praca fotografa to konieczność ciągłej obserwacji. Nawet podczas wakacji na Majorce z dziewczyną.

Joanna Jałowiec

Wyszukaj szkolenie

Wybrane szkolenia:

wszystkie szkolenia