Prof. Jerzy Vetulani - Mózg trzeba ćwiczyć w każdym wieku
Jest najczęściej cytowanym naukowcem w Polsce, osobą o przenikliwym umyśle i talencie pedagogicznym. Studenci w każdym wieku uwielbiają przychodzić na jego wykłady, bo posiada rzadko spotykany dar przekładania trudnych naukowych treści na zrozumiały język.
Profesor Jerzy Vetulani pracuje w krakowskim Instytucie Farmakologii Polskiej Akademii Nauk. Studenci w każdym wieku uwielbiają przychodzić na jego wykłady, bo posiada rzadko spotykany dar przekładania trudnych naukowych treści na zrozumiały język. Zadziwia niespożytą energią. W dniu naszego spotkania rano spacerował po Rzymie, po południu prowadził spotkanie w ramach Kawiarni Naukowej w Polskiej Akademii Umiejętności, a późnym wieczorem znalazł czas na godzinny wywiad. W pracy naukowej zajmuje się badaniami nad mechanizmami depresji, uzależnień i pamięci, a ostatnio nad tworzącymi się w mózgu substancjami wywołującymi chorobę Parkinsona. Jest psychofarmakologiem, neurobiologiem i biochemikiem. W 1973 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych do Vanderbilt University w Nashville. Tam wspólnie z zespołem prowadził badania, które zaowocowały pierwszą teorią działania tych leków, wyjaśniającą, dlaczego zaczynają być skuteczne po dłuższym czasie. Za to odkrycie otrzymał prestiżową międzynarodową Nagrodę Anna Monika.
Poławiacz pereł
– Wahałem się między dwoma zawodami. Albo chciałem być nurkiem, a szczególnie poławiaczem pereł, albo astronomem. Gwiazdy mnie fascynowały. Nurkiem nigdy nie zostałem, chociaż żeglowałem – opowiada o swoich pierwszych zawodowych planach prof. Vetulani. Jeżeli chodzi o astronomię, to pierwszym towarzystwem naukowym, do którego zapisał się, było Polskie Towarzystwo Miłośników Astronomii.
– Do tej pory mam ich legitymację, bodaj z 1946 roku – uśmiecha się profesor. Ze starszym kolegą z kamienicy, Andrzejem Mirockim, z którym do dziś się przyjaźni, założył KZO – tajny klub zbieraczy owadów.
– To była wspaniała rzecz. Moja mama, która była doktorem nauk przyrodniczych, bardzo popierała takie zainteresowania, dlatego że był ze mną spokój. W wakacje wiadomo było, że jestem w promieniu 600 metrów od domu z siatką na motyle. Chodziliśmy obserwować gwiazdy, a zwłaszcza roje meteorytów do budynku, w którym mieści się teraz Teatr Groteska. Na jego szczycie znajduje się glorietka, na którą można było wchodzić. Przychodziliśmy tam nocą, z mapami nieba. Żeby mieć świecącą mapę gwiazd, zdrapałem farbę z figurki Matki Boskiej, bo była to jedyna rzecz pokryta fluoryzującą substancją – opowiada profesor. Biologia wybrana jako kierunek studiów (na Uniwersytecie Jagiellońskim – przyp. red.) była naturalną konsekwencją jego zainteresowań. Na ostatnim roku rozpoczął drugie studia na kierunku chemia.
– Były dla mnie trudniejsze pod względem wiedzy, choć łatwiejsze w sensie psychicznym. Na biologii otaczali mnie koledzy mojej mamy, ludzie którzy przychodzili do naszego domu. Jak to się mówi „wychodziłem z portek” żeby być studentem celującym. Na chemii mogłem być przeciętny, bo nie było kompromitacji rodziny. Chemia nauczyła mnie pewnego sposobu myślenia i metodyki – podkreśla profesor.
Nauka zakodowana w genach
Urodził się w 1936 r. w profesorskiej rodzinie, przez co od początku miał – jak podkreśla – szacunek do książek i pracy naukowej. Matka Irena była biologiem, ojciec – Adam Vetulani znanym historykiem prawa i uczestnikiem licznych kampanii wojennych.
– Wywodzę się z pokolenia, które wychowało się bez ojców. Mój ojciec był internowany w Rumunii, uciekł do Francji, brał udział w tamtejszej kampanii. Śmierć osób z otoczenia była dla nas rzeczą normalną – mówi prof. Vetulani. W wywiadzie rzece dla miesięcznika „Wszechświat”, którym przez długie lata kierował jako redaktor naczelny, tak wspomina lata wojny: „Mama pilnowała, żebyśmy nie oglądali egzekucji, ale wiedzieliśmy, że jest to na porządku dziennym. W lipcu 1944 r. nad Rudawą nagle zaproponowała nam zabawę w uciekanie, gdy zauważyła, że Niemcy zaczęli obstawiać Wolę Justowską przed, jak się okazało, pacyfikacją. Bawiliśmy się doskonale, ale dla Mamy to musiał być horror”.
Pod koniec wojny, kiedy matka Irena zachorowała, Vetulani wraz z bratem kilka miesięcy spędził w sanatorium w Zakopanem. – Pewnego dnia przyjechał do nas szczupły, szpakowaty pan w mundurze. Rozpoznałem go, ale z dużym wahaniem. Patrzył na nas w milczeniu, aż ja po chwili krzyknąłem „Tatuś?!” i rozpłakałem się – opowiada prof. Vetulani. Mama była córką generała, osobą poukładaną i pracowitą. – Kiedy pojechałem z rodziną do Ameryki, przepisywała zeszyty szkolne i wysyłała moim dzieciom, żeby nie traciły roku szkolnego po powrocie do Polski. Wiązała się z tym dramatyczna historia. Mama zmarła w lutym, a zeszyty pisane jej ręką przychodziły jeszcze do połowy kwietnia.
Przygoda z filmem i „Piwnicą”
W młodości prof. Jerzy Vetulani przez kilka lat był mocno związany z „Piwnicą pod Baranami”. Gdy Piotr Skrzynecki wyjechał z kraju, zastępował go w roli konferansjera. Czasami nie było to łatwe zadanie.
– W „Piwnicy” występowali świetni ludzie, którzy jednak często nie cierpieli się nawzajem. Musiałem sporo się namęczyć, żeby w jednym momencie na scenę wyszła np. Basia Nawratowicz i Krysia Zachwatowicz – wspomina naukowiec. Prowadził też prelekcje w Dyskusyjnym Klubie Filmowym Studentów, do którego tłumnie przychodziło krakowskie środowisko filmowców.
– Te spotkania nauczyły mnie jednego – żeby mówić ciekawie i krótko. Cała sala czekała, aż prowadzący skończy gadać, bo czekano na film – śmieje się profesor. „Piwnicę pod Baranami” prof. Vetulani rzucił po śmierci brata.
– Mój brat Janek utonął w wypadku kajakowym w 1965 r. Śmierci w rodzinie były pewną nauką. Utrata oparcia spowodowała, że musiałem stać się samodzielny. Po śmierci brata zmobilizowałem się i zacząłem robić doktorat – mówi profesor. Dziś jako dojrzały człowiek uważa, że im człowiek jest starszy, tym więcej niesamowitych historii się mu przydarza. Od paru lat jego ukochane miejsce na odpoczynek to chałupa przyjaciół syna we wsi Nowina na granicy Poleskiego Parku Krajobrazowego.
– 1,5 km do najbliższego domu, 4 km do drogi asfaltowej. To fantastyczne miejsce, tylko na granicy zasięgu Internetu. Czasami, żeby coś zrobić, coś ściągnąć, trzeba pojechać do lokalu na obiad i tam podłączyć się do sieci – mówi prof. Vetulani, który wciąż jest niezwykle aktywny jako wykładowca.
Ćwiczenia umysłu
Pasją prof. Vetulaniego jest ludzki mózg i jego tajemnice. W czasie naszego spotkania tłumaczy, dlaczego warto pozostawać aktywnym i „trenować” umysł, nawet będąc w podeszłym wieku. Komórki nerwowe powstają do szóstego roku życia. Wraz z wiekiem mają tendencję do coraz to gorszego funkcjonowania. W momencie, kiedy są pobudzane, uwalniają się sygnały chemiczne nazywane neuroprzekaźnikami.
– Te sygnały chemiczne mają właściwości pobudzające zakończenia nerwowowe. Pod ich wpływem z zakończenia wyrasta nowa wypustka i zaczyna się tworzyć miejsce na nowe połączenia nerwowe. A aktywność mózgu zależy od ilości i jakości połączeń – tłumaczy profesor. W hipokampie, najbardziej zaawansowanej część mózgu, pod wpływem bodźców tworzą się nowe neurony.
– To bardzo ważne, bo odpowiadają za sprawność myślenia, pamięć, orientację przestrzenną, ale również za nastrój. Zmniejszenie ilości neuronów w hipokampie, a to dzieje się pod wpływem hormonu stresu, powoduje depresję. Nowoczesne leki przeciwdepresyjne działają na takiej zasadzie, że chronią neurony. Dlatego osoby starsze powinny dostarczać mózgowi bodźców – zachęca prof. Vetulani. Podkreśla, że praktyka pokazuje, iż osoby, które aktywnie używają mózgu, mają znacznie mniejsze ryzyko zapadnięcia na chorobę Alzcheimera.
– Są takie grupy jak nauczyciele, zwłaszcza licealni. U nich ta choroba występuje bardzo rzadko. Są to zwykle osoby, które nawet w wieku lat 90 zachowują żywotność intelektualną – zauważa naukowiec. Przywołuje też badania, które pokazały, że po I wojnie światowej, kiedy wykonywano dużo amputacji, osoby, które straciły prawą rękę i musiały nauczyć się posługiwać lewą, miały potem większe IQ.
– To dlatego, że w ich mózgach tworzyły się nowe połączenia. Jak dbać o własny? Możemy czytać książki, rozwiązywać krzyżówki czy scrabble. To rzeczy, które absolutnie należy polecać.
Wykłady dla dzieci i seniorów
Prof. Jerzy Vetulani ma studentów w różnym wieku. Najbardziej lubi zajęcia na Uniwersytecie III Wieku i Uniwersytecie Dzieci.
– Spłacam pewien dług i uważam, że wiedzę trzeba przekazywać dalej. Dzieci i seniorzy to dwie zupełnie inne grupy. Dzieci są bardzo chłonne, zadają fantastyczne pytania. Pamiętam, jak mówiłem o ewolucji człowieka. Pokazywałem filmik o ludziach z pewnym zaburzeniem genetycznym, które sprawia, że są czworonożni. Podnosi się ręka i pada pytanie „czy chodzą po drzewach?”. Moja sytuacja jest taka, że nie wiem, ale trzeba odpowiedzieć i w końcu mówię, że przecież żyją na pustynnych terenach, a tam nie ma drzew – opowiada profesor.
– Na szczęście, potrafię mówić prostym językiem o naukowych sprawach, a oni rozumieją – mówi profesor.
– Starsze osoby, to też bardzo wdzięczna grupa. Ci którzy przychodzą na UTW to ludzie, którzy w świadomy sposób chcą się dokształcać. Są mi wdzięczni za to, że poświęcam im czas. Mam wrażenie, że robię coś dobrego. Może przez to moje inne grzeszki wyrównują się?
Joanna Jałowiec
Prof. Jerzy Vetulani
- Pierwsze zarobione pieniądze wydał na spotkanie z przyjaciółmi w restauracji.
- Był konsultantem naukowym filmu Krzysztofa Zanussiego „Iluminacja” (1973).
- Ulubione miasto profesora to Rzym, a jedno z ulubionych zajęć: obserwacja burz.
- Temat jego pracy magisterskiej brzmiał: „Zmiany w krwi królika pod wpływem dużych dawek wit. C.”