RENATA PRZEMYK - Nie tylko muzyka

Od początku twórczości stawiała na artystyczną niezależność, nie pozwalała zamykać w szufladki, podporządkowywać pomysłom wytwórni fonograficznej na image i sposób śpiewania. – W takich sytuacjach odzywał się we mnie wrodzony bunt, który mówił, że jeśli mam śpiewać pod dyktando, to lepiej w ogóle tego nie robić – podkreśla Renata Przemyk. Dziś jej drugą pasją jest teatr.

Pusta przestrzeń, wiatr we włosach, droga prowadząca na drugi koniec świata. Samotna kobieta za kierownicą ogromnej ciężarówki – taki obrazek nosiła w głowie Renata Przemyk, kiedy była małą dziewczynką.

– W Bielsku-Białej, gdzie się urodziłam i wychowałam, mieszkaliśmy z rodziną w malutkim mieszkaniu. Marzyła mi się wolność, podróże, trochę dobrze pojętej samotności. Duża amerykańska, koniecznie kolorowa ciężarówka i wyprawa przez Stany – uśmiecha się Renata Przemyk i szybko dodaje, że mimo różnych pomysłów na życie, śpiewanie zawsze było na pierwszym miejscu. Tyle, że jako pasja, nie praca. Zaczęło się w przedszkolu, gdzie spotkała swojego dobrego ducha i ulubioną opiekunkę panią Halinkę.

– Wkładała dużo pracy i serca w moje śpiewanie, występowanie. Dzięki temu, że we mnie wierzyła, świetnie czułam się na scenie, bardzo szybko uczyłam wierszyków, piosenek i mogłam występować przez cały czas. Potem zaczęłam dorastać, już nie było we mnie takiej wiary. Z kilku względów, głównie praktycznych, nie poszłam do szkoły muzycznej – opowiada piosenkarka.

WOLNOŚĆ TWORZENIA

Czasy licealne to występy z kilkoma lokalnymi zespołami naraz, które w naturalny sposób przestały istnieć, kiedy rozpoczęła studia bohemistyczne na Uniwersytecie Śląskim. Jeszcze jako studentka zdobyła Grand Prix i nagrodę dziennikarzy na Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie w 1989 r., potem przeszła test przed wymagającą publicznością na festiwalu w Jarocinie, gdzie wystąpiła na zaproszenie zespołu „Armia”.

– Uznałam, że nie mam nic do stracenia i jeśli poradzę sobie w tak specyficznym i bezkompromisowym miejscu, gdzie widzowie rzucali w nielubianych wykonawców różnymi przedmiotami, to dam sobie radę już wszędzie – opowiada Renata Przemyk.

– Scena równie mocno mnie przyciągała, co tremowała. Nie od początku umiałam dobrze ocenić kontakt z publicznością – bałam się tłumów i paradoksalnie – nagle miałam ten tłum przed sobą – dodaje. Nigdy nie zależało jej na byciu gwiazdą, celebrytką, pokazywaniu się na salonach.

– Nie marzyłam o sukcesie, który wiązałby się ze światłem reflektorów, obecnością w gazetach i tego typu uznaniem. Chciałam śpiewać, tworzyć. Moim dążeniem był kontakt z publicznością, zaistnienie pozytywnej energii, kiedy z jednej strony daję siebie całą, a z drugiej – czuję, że ma to sens, bo ludzie odbierają moje emocje – tłumaczy Renata Przemyk. Pomimo tremy i nieśmiałości wychodziła na scenę. Okazało się, że spora grupa ludzi chce jej słuchać i entuzjastycznie przyjmuje jej muzykę. Ta szczerość działała.

– Ta świadomość była dla mnie jak objawienie. To było połączenie idealne: robię, to co kocham i co zawsze chciałam robić, a jednocześnie jestem życzliwie odbierana przez publiczność. Peszyło mnie to, co działo się wokół mojej muzyki – że zaczęłam udzielać wywiadów, pozować do zdjęć, że zaczęto krytykować mój wygląd, że ktoś zaczyna mnie oceniać w całości i w szczególe, a nie skupia się na muzyce – wspomina. W 1994 r. przeprowadza się na stałe do Krakowa, a kilka lat później do cichej miejscowości pod Wieliczką.

WZRUSZAĆ TYM CO GŁĘBOKIE

Od początku lat 90. kariera Renaty Przemyk nabiera rozpędu. Bierze udział w festiwalach, zdobywa kolejne wyróżnienia i nagrody w Opolu Nagrodę Główną im. Karola Musioła (za indywidualność artystyczną dla najbardziej obiecującej młodej artystki), w Sopocie „Bursztynową Płytę”, Fryderyka za płytę „Andergrant”. Trafia do w setki najwybitniejszych artystów mijającego stulecia w plebiscycie „Polityki” przeprowadzonym w 2001. Koncertuje we Francji (Normandia, Bretania, Paryż) i w USA (Nowy York).

Jej płyty zyskują status złotych, są nominowane do wielu nagród. A przy tym artystka wciąż pozostaje sobą, jest wierna ukochanym przez siebie brzmieniom i nie rezygnuje z ambitnych tekstów, pisanych przez tę samą autorkę, bratnią duszę Annę Saraniecką. „Trudno jednoznacznie określić twórczość muzyczną Renaty – ani rock, ani piosenka poetycka, ani alternatywa nie określają jej istoty, którą sama artystka nazywa wiecznym poszukiwaniem brzmień, wzruszeń i klimatów do niczego przedtem niepodobnych. Stąd pewnie każda kolejna płyta różni się diametralnie od poprzedniej, choć na każdej nieodmiennie pojawia się akordeon, instrument do którego ma ewidentną słabość, bez względu na mody” – tak opisana jest twórczość Renaty Przemyk na jej stronie internetowej. Ona sama dodaje: Ideałem jest to, kiedy trafi się i do serca, i umysłu widza, wzruszy się go czymś, co jest głębokie i mądre. Najbardziej wzruszają mnie chwile, kiedy widzę, że z roku na rok, na kolejne koncerty przychodzą ci sami ludzie. Widzę jak dorastają: zaczęli pojawiać się na moich występach w liceum, potem kończą studia, obejmują poważne posady, robią kariery, a potem przychodzą z dziećmi i opowiadają co się u nich zmieniło. Renata Przemyk podkreśla, że wielokrotnie fani stawali się jej współpracownikami, czasem byli to również muzycy, z którymi później grała.

– Fan to określenie, które sprowadza kogoś do roli osoby, która tylko ślepo podziwia, a często jest tak, że to ludzie na podobnym jak ja poziomie wrażliwości, odczuwania, pasji. Nasze drogi muzyczne, artystyczne, w którymś momencie się splatają. To szczególna współpraca, bo doskonale znają i „czują” to, co robię.

TEATR – DRUGA MIŁOŚĆ

Od kilku lat Renata Przemyk flirtuje ze sceną teatralną. Wszystko zaczęło się w 2002 r., kiedy dyrektor Teatru Bałtyckiego w Koszalinie podszedł do niej po koncercie i zaproponował współpracę przy tworzeniu muzyki do spektaklu „Balladyna”.

– Powiedział, że daje mi całkowicie wolną rękę. Każdy artysta marzy o takiej sytuacji, więc mimo obaw czy podołam, zgodziłam się. Pracowała dniami i nocami, bo było bardzo mało czasu, a za całe honorarium poszło na koszty studia nagraniowego – wspomina Renata Przemyk. Potem były jeszcze piosenki napisane wspólnie z Anną Sarnecką (teksty) do spektaklu „Odjazd” specjalnie na potrzeby konkretnych postaci w przedstawieniu i udział wokalno- aktorska w komedii muzycznej „Terapia Jonasza”. Muzyka z tego pierwszego spektaklu, w nowych aranżacjach trafiła na najnowszą płytę artystki „Odjazd”. Od dwóch sezonów Renata Przemyk gra Meksykankę sprzedającą kwiaty koło cmentarza w uwielbianej przez widzów sztuce „Tramwaj zwany pożądaniem” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. – Występy traktuję jako przygodę, spełnienie marzeń z dzieciństwa i nowe fantastyczne doświadczenie. Co ciekawe, od fanów i w ramach różnych występów często dostaje anioły, a reżyserzy powierzają mi role femme fatale, duchów i innych mrocznych postaci – śmieje się.

W czerwcu odbyła się premiera sztuki najwybitniejszego izraelskiego dramatopisarza XX wieku Hanocha Levina „SZYC” (SHITZ) w reżyserii Anny Nowickiej z muzyką Renaty Przemyk. Teatr to nie tylko nowe doświadczenia, ale i ważna lekcja. – W Teatrze Bagatela po raz pierwszy występowałam na scenie jako partner, a mam przyzwyczajenia solistki. Nagle okazało się, że trzeba na swoją kwestię wyczekiwać, współdziałać, wyjść w określonym momencie… To była lekcja pokory, ale też olbrzymia nauka bycia na scenie. Występując jako wokalistka, używam wprawdzie środków artystycznych niepotrzebnych mi na co dzień w takim nasileniu, większej ekspresji niż zazwyczaj, ale to ciągle jestem ja. Jako wokalistka odpowiadam tylko za siebie, tutaj jeśli coś zepsuję, to pójdzie to na konto całego zespołu – mówi piosenkarka. Doświadczenia teatralne przydały się w najnowszym projekcie Renaty Przemyk – Akustik Trio.

– W czasie występów zmieniam buty, rekwizyty, opowiadam różne historie, gram na kilku instrumentach. Doświadczenia sceniczne w teatrze nauczyły mnie większej otwartości, spontaniczności i pewności siebie. Pozwoliłam sobie w końcu na improwizację – podkreśla artystka.

INSPIRACJE

Od kilku lat fascynuje ją muzyka świata, mieszanka różnych kultur. W programie artystycznym Akustik Trio pobrzmiewają echa rytmów hiszpańskich.

– Gram tam na bębenkach, mam kwiaty we włosach, trochę falbanek. Bardzo podoba mi się tamtejszy specyficzny rodzaj zaśpiewu, sposób akcentowania – mówi Renata Przemyk. W „Szycu” widoczne są wpływy muzyki żydowskiej i bałkańskiej.

– To rejony, w których przez pewien czas będę się poruszać, to kopalnia pomysłów, brzmień, a przy okazji ciągle kształcę się wokalnie – mówi piosenkarka. Z wiekiem obniżył się jej głos, zwiększyły się możliwości wokalne i świadomość.

– Szczerze mówiąc uważam, że ta dorosła barwa jest ciekawsza – uśmiecha się moja rozmówczyni.

– Jestem w stanie wykonać technicznie bardzo wiele elementów, do których musiałam dojrzeć – dodaje. Podkreśla, że zawsze była w niej potrzeba tworzenia czegoś nowego.

– Nie chciałam być podobna, porównywana do innych. Nie wynika to z megalomanii, tylko z potrzeby tworzenia czegoś osobistego, szczerego, czegoś co płynie z serca… a musi być to przekaz oryginalny.

Joanna Jałowiec

 

 

Renata Przemyk

Pierwsza praca i zarobione pieniądze… Pamiętam że było to roznoszenie mleka. To co zarobiłam, wydałam na gitarę akustyczną.

Gdyby mogła się nauczyć czegoś w jeden dzień…byłaby to gra na pianinie.

Podróż marzeń… Miałam już jedną – to była wyprawa do Chin. Chciałabym zwiedzić Bałkany, Islandię, Nową Zelandię. Odpoczywam, kiedy … otacza mnie cisza, natura… i czytam dobrą książkę.

Jej ostatnia płyta to „Odjazd” (2009), a w planach płytowe wydanie „Szyca”. Pisze felietony dla śląskiego magazynu Style.

Wyszukaj szkolenie

Wybrane szkolenia:

wszystkie szkolenia